Stara, rzymska metoda podporządkowywania sobie podbijanych ludów ciągle jest obecna w dzisiejszych czasach. Owszem przybiera różne formy we współczesności, ale przecież była skuteczna kiedyś, to może warto ją powielać i dzisiaj? Cywilizacja spod znaku internetu, cyfrowych technologii i pogoni za mamoną będącą lekiem na całe zło świata ciągle nie może oprzeć się zakusom knowania. Świat robi kolosalne postępy właściwie we wszelkich aspektach życia, a ciągle nie umie poradzić sobie z prymitywnym dążeniem uzurpatorów do narzucania swojej woli innym.

Jakże ciężko przychodzi nam oddanie pola do dyskusji tym, których zwyciężyliśmy w jakiejkolwiek potyczce. Jeśli już wygramy, to nie potrafimy się cieszyć wyłącznie z faktu, że właśnie jednego dnia, czasem w jednej chwili, w jakimkolwiek miejscu na świecie, nawet dowolnie małym, byliśmy tylko chwilowo lepsi od naszych godnych przeciwników. Nie. Musimy chodzić w glorii triumfatorów i pokazywać swoim wczorajszym rywalom, że są od nas cały czas gorsi i mniej ważni.

Przejawem demokracji jest głosowanie w wyborach powszechnych na tymczasowe stanowiska w tzw. “władzach”. Kadencje mają swój określony czas. Może to i dobrze, bo każdy, nawet najlepszy król po jakimś czasie zwykle nudził się ludowi. Potrzeba „świeżej krwi” wynika najczęściej z nadziei na zmianę na lepsze. Na lepsze dla kogo? Oczywiście dla nas! Problem powstaje dopiero, kiedy zaczynamy się zastanawiać nad swoją tożsamością i określeniem zakresu pojęcia „my”.

Nie można przecież ciągle zwyciężać, bo w którymś momencie osiąga się stan skazanego na sukces, a stąd już bardzo krótka droga do wpadania w narcystyczne samouwielbienie. Pół biedy, jeśli tylko będziemy zaspokajać swoje ego w celu uzyskania stanu uspokojenia, które będzie nam pozwalać na spokojny sen każdej nocy. Gorzej, jeśli wewnętrznie nabierzemy przekonania o swojej wyjątkowości, a nawet nieomylności.

Dlaczego piszę o tym dzisiaj w przededniu wyborów samorządowych w Skawinie?

W tym roku miałem okazję uczestniczyć w wielu zebraniach wiejskich na koniec kadencji odchodzącej władzy. Wsłuchiwałem się w wypowiedzi tych, którzy liczą na sukcesję oraz tych, dla których czyjaś kończąca się kadencja jest nic nie znaczącym faktem. Mieszkańcy interesują się przede wszystkim tym, co czeka ich wokół swoich domów. Jak będą wyglądały ich drogi, kiedy uda się ściąć przeszkadzające drzewa, czy będzie szansa na wyjście z domu na bezpieczny chodnik, a nie na przydrożne bajoro, czy marzenia o „dopust boży”, czyli kanalizację w XXI wieku będą czekać na ziszczenie kolejną kadencję, czy dzieci będą się uczyć na dwie zmiany, albo może rozwiążą klasę, bo jest w niej tylko trzech uczniów itd. itp.

Z drugiej strony prezydialnego stołu słychać było za każdym razem, że władza wie wszystko i czuwa nad wszystkim. Zwycięzcy błędów nie popełniają, a co najwyżej są spadkobiercami tego, co inni jeszcze przed nimi napsuli. Oczywiście władza ma wyłącznie problemy obiektywne i niezależne od niej. Lekarstwo ma na wszystko od razu i teraz, i potem, i na wieki wieków.

Towarzystwo wzajemnej adoracji siedzi zawsze na wprost stłoczonego tłumu. Częstuje się kawką, paluszkami i wodą, a ci naprzeciwko tylko przełykają ślinę pocąc się w kurtkach – widać wylęknieni, ale spragnieni informacji. Problemy budżetu gminy, strategicznych planów, śmiałych wizji rozwoju są wyraźnie obce tym, którzy za chwilę mają przecież tylko spełnić najprostsze zadanie, czyli pójść do wyborów i postawić krzyżyk we właściwej kratce. Jednym słowem: krzyżyk na drogę i dalej nam rządź miłościwie panujący!

W jedynej wiosce – w Jaśkowicach sołtys zapowiedział, że w czasie zebrania wiejskiego nie będzie prezentacji kandydatów na radnych i na burmistrza. Słowa dotrzymał, ale niespodziewanie zaraz po zakończeniu zebrania wiejskiego rozpoczęło się spotkanie wyborcze. Władza zza prezydialnego stołu miejsca swojego nie zmieniła, bo przecież nie przestała być władzą. “Ci inni”, które właśnie o tę władzę zabiegają wypowiadali się ze swojego miejsca, czyli już na starcie byli nieśmiało proszącymi o poparcie. Kandydaci nie pochodzący z obozu władzy uważali, żeby przypadkiem nie urazić nikogo za stołem. Proszę zauważyć – przed częścią nazywaną spotkaniem wyborczym, nikt z władzy nie pomyślał o tym, aby się przesiąść. Szkoda, bo była szansa, żeby pokazać innym pretendentom, że do wyborów startują z podobnego miejsca.

Wówczas myślałem, że taki układ będzie wyjątkiem, ale niestety nie. Czasami było jeszcze bardziej smutno. W Krzęcinie np. trzeba było wydłużyć stół prezydialny, żeby cała władza się zmieściła, a sołtys kilka dni wcześniej zapowiedział, że żadni kandydaci nie zostaną dopuszczeni do głosu. Także powiedział prawdę, tyle że władza za stołem miała możliwość reklamowania się i z tego przywileju korzystała do woli.

Nie da się wszystkiego generalizować. W Borku Szlacheckim jeden z kandydatów na radnego, chociaż należy do obecnego obozu władzy usiadł w grupie mieszkańców i stamtąd mówił. Szacunek Panie Arku!

Drodzy Państwo, jestem przekonany, że tak jest w całej Polsce. Zwycięzca bierze wszystko i władzą się nie dzieli. Chciałbym dożyć takiej chwili, żeby władza była cały czas z nami. Żeby pokazywała ludzkie oblicze. Żeby po prostu należała do nas, a nie wywyższała się nad nami. Kilkanaście, a czasem nawet tylko kilka krzyżyków więcej na koncie nie stanowi przecież o wartości człowieka. Jeśli władza nauczy się schodzić z piedestałów, to będzie jej łatwiej zrozumieć tych, którymi ma zarządzać. Tymczasowo!

O stosunku mieszkańców do władzy stanowi też frekwencja na zebraniach. Najwięcej było w Jaśkowicach  – bodaj 89 mieszkańców. Gdzie indziej było tylko gorzej. Uważam, że właśnie tak, przejawem braku swojej ochoty na spotkania z władzą odpowiadają przyszli wyborcy. Obawiam się, że frekwencja wyborcza będzie znowu niska, ale wierzę, że kiedyś uda się odbudować prestiż i zaufanie do władzy. Trzeba jednak trafić na taką władzę, której rzymska metoda podporządkowywania sobie ludu będzie obca.

Być może przemawia przeze mnie doświadczenie. Lata mojej pracy na stanowiskach kierowniczych nauczyły mnie, że wszelka łaska (oprócz Pańskiej) jest chwilowa i nic nie znaczy wobec wieczności, a nade wszystko zwykłej uczciwości.